„Pejzaż w kolorze sepii” oczami MOCnych

„Pejzaż w kolorze sepii” oglądałyśmy po MOCarium poświęconym temu, jak odnaleźć się w świecie, który uczy dopasowania. Rozmawiałyśmy o tym, co wpływa na nasze wybory, ile jest w nich naszego „chcę”, a ile „powinnam”, i jak trudno czasem rozpoznać własny głos. Film dołożył do tego kolejną warstwę: pamięć, relacje, wybory i historie, których nigdy nie znamy w całości.

Bo dla nas MOCarium to MOCne spotkania, które trwają. Nie chcemy stawiać kropki razem z napisami końcowymi. Każda z nas najpierw zatrzymuje się przy temacie osobno, sprawdza, co zostało z nią najmocniej, a później dzielimy się tym między sobą i z Wami. Tym razem znów zobaczyłyśmy ten sam film z trzech różnych miejsc. Trzy kobiety. Trzy perspektywy. I przestrzeń na Waszą.

Alicja: O niedoszłych wersjach siebie

„Pejzaż w kolorze sepii” został ze mną przede wszystkim przez jedną myśl: czasem o własnych decyzjach najłatwiej opowiedzieć tak, jakby podejmował je ktoś inny.

Etsuko, główna bohaterka filmu, jest Japonką mieszkającą w Anglii, która po latach wraca we wspomnieniach do swojej młodości w powojennym Nagasaki. Opowiada córce historię poznanej wtedy kobiety, Sachiko, i jej marzenia o rozpoczęciu innego życia. Z czasem granica między wspomnieniem Etsuko a historią Sachiko zaczyna się jednak zacierać. Jakby o części własnych wyborów, pragnień i poczucia winy łatwiej było mówić poprzez kogoś innego.

I chyba właśnie to poruszyło mnie najmocniej.

Bo każda z nas ma swoje niedoszłe wersje siebie. Ja też. Chciałam śpiewać. Chciałam grać. Miałam pomysły i marzenia, które z czasem ustępowały miejsca temu, co było „ważniejsze”, „rozsądniejsze”, „na teraz”. Matura. Obowiązki. Praca. Rzeczywistość. Czasem otoczenie mówiło: „powinnaś”. Czasem po jakimś czasie zaczynałam mówić to sobie sama.

I chyba właśnie między „powinnam” a „chcę” wydarza się bardzo dużo naszego życia.

Nie każde „powinnam” jest złe. Dorosłość to także odpowiedzialność. Problem zaczyna się wtedy, kiedy powinność staje się automatem i przestajemy sprawdzać, czy nadal świadomie wybieramy.

Film przypomniał mi również, jak wiele niesiemy po innych. Po rodzicach, dziadkach, relacjach, czasach, w których dorastaliśmy. Łatwo wskazać źródło jakiegoś schematu. Trudniej pamiętać, że nasi rodzice też byli czyimiś dziećmi. Że oni również dostali swoją ramę.

Dla mnie zrozumienie tego, skąd coś przyszło, nie służy znalezieniu winnego. Służy temu, żeby zdecydować, co chcę nieść dalej, a co mogę już zostawić.

I chyba właśnie o tym było dla mnie ostatnie MOCarium. O zajrzeniu do swojej ramy. Nie po to, żeby odrzucić dawną siebie albo rozliczać ją z niewykorzystanych szans. Raczej po to, żeby ją zrozumieć. Zobaczyć, czego się bała, czego potrzebowała i dokąd mimo wszystko nas doprowadziła.

Bo nie da się uciec od dawnej wersji siebie. Można za to spojrzeć na nią z większą czułością i zapytać:

co wiem dzisiaj, czego ona jeszcze nie wiedziała?

Przeszłość kształtuje teraźniejszość. Teraźniejszość kształtuje przyszłość.

Dlatego warto sobie zadawać pytania. Nie po to, żeby bez końca się analizować. Po to, żeby od czasu do czasu sprawdzić, czy życie, które dziś prowadzę, nadal jest życiem, które naprawdę wybieram.

Joanna: O tym, z jakiego miejsca patrzymy

Jak bardzo obraz siebie i innych zależy od tego, z jakiego miejsca patrzymy i ile z całej historii naprawdę znamy?

Dawno nie wyszłam z kina z takim mętlikiem w głowie. I może właśnie dlatego ten film został ze mną tak mocno.

Dziś jestem chyba najbardziej w roli mamy i zauważam, że rodzicielstwo bardzo zmieniło sposób, w jaki patrzę na własnych rodziców. Łatwiej mi zobaczyć, że za ich decyzjami mogło być dużo rzeczy, których jako dziecko po prostu nie widziałam.

Podobnie jest z pamięcią. Z czasem obraz robi się trochę jak pejzaż w kolorze sepii: mniej ostry, niepełny, czasem uproszczony. A mimo to właśnie ta wersja historii nadal w nas działa.

Bardzo poruszyła mnie Etsuko. Jej dopasowanie, bycie ciągle gotową, spełniającą oczekiwania, ukrywanie przed mężem nawet tak ważnej części swojej historii jak pobyt w strefie promieniowania. A jednocześnie w chwili największej bliskości pojawia się odmowa. Jakby na zewnątrz wszystko było idealnie poukładane, a w środku jednak coś zupełnie innego.

I zastanawiam się, ile energii kosztuje człowieka budowanie takiej „dobrej wersji siebie”. I co się dzieje z dzieckiem, które później próbuje odnaleźć się obok mamy, która nie potrafi opowiedzieć swojej historii wprost.

Najwięcej emocji wzbudzała we mnie jednak ta mała dziewczynka. Wydawała mi się tak bardzo niezaopiekowana. Mocno uderzył mnie kontrast między nią a dzieckiem chronionym niemal przed wszystkim. Jedno ma za dużo kontroli, drugie za mało obecności.

To zostało ze mną najmocniej: jak trudno znaleźć granicę między ochroną a ograniczaniem, między dawaniem wolności a zostawieniem dziecka samego.

Dlatego ten film tak mocno wraca mi do relacji rodzic-dziecko. Dziecko widzi tylko fragment. Rodzic też widzi tylko fragment. A po latach każde z nich układa z tych fragmentów własną historię.

Może dojrzewanie polega też trochę na tym, że zaczynamy widzieć, że nasi rodzice nie byli tylko „mamą” i „tatą”. Byli ludźmi ze swoją historią, lękiem, potrzebami i rzeczami, których sami nie potrafili nazwać.

Sybilla: O pamięci, relacjach i tym, co próbujemy ocalić

Po tym seansie głęboko czuję jedno: relacje w naszym życiu są kluczowe dla naszego dobrostanu. To nie jest dodatek do codzienności. To część tego, jak funkcjonujemy, przeżywamy i próbujemy radzić sobie z tym, co trudne.

Choć tłem historii są powojenne Nagasaki oraz chłodny, spowity mgłą angielski krajobraz, dla mnie prawdziwym centrum tej opowieści pozostaje intymna, skomplikowana przestrzeń kobiecych relacji. Wiele dzieje się tu w ciszy, retrospekcji, gestach i tym, co przez lata pozostało niewypowiedziane.

Etsuko próbuje zbudować swoje życie na nowo, ale przeszłość nie znika tylko dlatego, że zmieniamy miejsce. Wraca we wspomnieniach, w relacjach i w sposobie, w jaki opowiadamy własną historię.

Szczególnie mocno wybrzmiał dla mnie wątek poczucia winy. Decyzje podejmowane w określonym momencie życia mogą po latach wyglądać zupełnie inaczej. I pojawia się pytanie: czy potrafimy spojrzeć na dawną siebie z dzisiejszą wiedzą, ale bez wydawania na nią wyroku?

Czy możliwe jest samowybaczenie? Film nie daje prostych odpowiedzi. Wybaczenie wydaje się tu procesem powolnym, wymagającym zmierzenia się z przekonaniami i historiami, które same o sobie tworzymy.

Sam tytuł, „Pejzaż w kolorze sepii”, ma dla mnie również szczególny, arteterapeutyczny wymiar. Sepia kojarzy mi się ze wspomnieniem, obrazem, który z czasem traci ostrość i kolory. Być może właśnie dlatego sztuka tak dobrze pozwala nam zbliżać się do rzeczy trudnych. Nie zawsze trzeba od razu wszystko nazywać. Czasami najpierw pojawia się obraz, scena, emocja czy skojarzenie.

W filmie mocno widzę również relacje między kobietami: matką i córką, ale też kobietami, które spotykają się w określonym momencie życia i stają się dla siebie lustrem.

I chyba dlatego ta historia tak dobrze połączyła mi się z naszym MOCarium. Rozmawiałyśmy o własnej ramie, o tym, co „powinnam”, czego „chcę” i ile z naszych dzisiejszych wyborów ma swoje źródło dużo wcześniej. „Pejzaż w kolorze sepii” zostawił mnie z myślą, że zanim zaczniemy budować coś nowego, czasem warto najpierw z ciekawością przyjrzeć się temu, co już niesiemy. Bez konieczności natychmiastowego oceniania siebie i innych.

MOCarium trwa dalej

Trzy perspektywy i ani jednej ostatecznej odpowiedzi. I właśnie o to nam chodzi. To, co widzimy, zawsze zależy również od miejsca, z którego patrzymy. Czasem dopiero spotkanie z cudzą perspektywą pozwala zobaczyć fragment własnej historii trochę inaczej.

Dlatego nie chcemy stawiać kropki razem z napisami końcowymi. MOCarium trwa również później, w pytaniach, rozmowach i refleksjach, które zabieramy ze sobą.

Dołóż swoją perspektywę

A co zostało z Tobą po „Pejzażu w kolorze sepii”? Co zobaczyłaś w tej historii ze swojego miejsca? Co poruszyło Cię podczas rozmowy, warsztatu albo filmu?


Scroll to Top